konkurs link

newsletter

  • 25.3.2019, Imieniny obchodzą: Maria, Wieńczysław, Ireneusz
 
 

Z mułem po Atlasie

Z mułem po Atlasie

Normalnie, gdy chcemy pójść z dziećmi w góry, zabieramy ze sobą nosidełko lub chustę. Natomiast w Maroko mamy możliwość wynajęcia… muła.

Skoro świt opuszczamy hotel w Marrakeszu i nadspodziewanie szybko (taksówkarz pędził jak oszalały) znajdujemy się w Imlil – marokańskim Zakopanem, pełnym  agencji wspinaczkowych, wypożyczalni sprzętu alpinistycznego, restauracji, hoteli, przewodników i mułów. Podczas gdy my zjadamy na śniadanie berberyjskie omlety, rasowi wspinacze kompletują sprzęt. Przymierzają czekany, raki, bo tylko dzięki takim akcesoriom będą w stanie zdobyć najwyższy szczyt Maroko (i całej północnej Afryki) – Dżebel Tubkal. My oczywiście nie pójdziemy w ich ślady, przekraczanie granicy czterech tysięcy metrów z trójką dzieci (Franek – 7,5 roku, Róża – 5,5 roku, Łucja – prawie 3 lata) wcale nas nie kręci. Mamy własny plan, polegający na zdobyciu przełęczy Tizi’n’Mzik (wysokość 2450 m n.p.m.), noclegu w wysokogórskim schronisku Azib Tamsoult i powrocie do Imlil przez kilkaset metrów wyżej położoną przełęcz. Oczywiście kluczem do realizacji tej wycieczki jest wynajęcie muła, co nam się udaje po kilkuminutowych negocjacjach z Hassanem. Koszt nie jest wygórowany – płacimy około 65 zł dziennie za muła o imieniu Tasardin.
 

Po zapakowaniu plecaków na grzbiet zwierzęcia okazuje się, że nie ma już tam miejsca dla naszych dziewczynek. Szybko więc trzeba wyjąć chustę dla najmłodszej i podążać za rączym mułem i jego poganiaczem, którzy od początku dyktują mocne tempo. Nasza droga wiedzie obok domu mulnika, skąd Hassan zabiera wielki worek z pokarmem dla swego podopiecznego. Potem najchętniej by się już nie zatrzymywał. W sumie wydaje się, że przełęcz jest tuż, tuż, ale palące słońce, luźno związane z podłożem kamienie i stroma ścieżka robią swoje – zanim się tam wdrapiemy, opadamy kompletnie z sił. Kryzys przyszedł szybciej, niż się można było spodziewać. Nie mamy ochoty spoglądać na niebosiężne, ośnieżone trzytysięczniki, starsze dzieciaki powoli człapią, stawiając nogę za nogą. Co dziesięć minut się zatrzymujemy, próbując złapać oddech. Przełomem jest dopiero przełęcz. Tam dzieciaki wreszcie mogą wyszaleć się w śniegu – poślizgać, porzucać śnieżkami. Hassan też się uaktywnia i stara się nas przekonać, aby nie iść do schroniska, gdzie w nocy będzie mróz, a przenocować w znacznie niżej położonej berberyjskiej wiosce. Ale my stwierdzamy, że zimno nam niestraszne i maszerujemy dalej.
 

Schronisko Azib Tamsoult (2250 m n.p.m.) ujrzeliśmy po kolejnej godzinie marszu trawersem zbocza. Właściwie ginęło pośród ogromnej hali, otoczonej z trzech stron potężnymi turniami. Byłoby kompletnie odizolowane od świata, gdyby nie trzy kamienne zagrody, które zdradzały obecność pasterzy. Na powitanie gospodarz schroniska przygotował nam dzbanek tradycyjnej marokańskiej miętowej herbaty, przy której ustaliliśmy plan na kolejny dzień, bo jak się okazało, ta wyższa przełęcz (Tizi’n’Tzikert) była kompletnie zasypana śniegiem i nie do przebycia przez dzieci i muła. Niepocieszeni podjęliśmy decyzję o powrocie tą samą drogą, bo pozostałe przełęcze były dla nas jeszcze bardziej niedostępne, ale żeby sobie jakoś zrekompensować monotonię wyprawy, udaliśmy się na godzinną wycieczkę do nieodległych wodospadów. Wreszcie nasza trzylatka mogła trochę samodzielnie pochodzić…
 

 
O zachodzie słońca mieliśmy możliwość podziwiania powrotu owiec i kóz do kamiennych zagród – biegły one na złamanie karku z bardzo stromych zboczy, nawołując się nawzajem głośnym meczeniem – poczuliśmy się przez chwilę, jakbyśmy przenieśli się w czasy biblijne. Nic nam nie przeszkadzało w kontemplacji tego zjawiska, bo prócz nas w schronisku nocowało tylko czworo Francuzów. Wszyscy musieliśmy znosić spartańskie warunki noclegowe (koszt noclegu – 40 zł od osoby), a gdy temperatura na zewnątrz spadła poniżej zera, przed zimnem chroniły nas jedynie koce (po trzy na łóżko) i nasze wzajemne ocieplanie się, ponieważ piecyk stojący w jadalni przestał grzać dwie godziny po zachodzie słońca. W szybkim zaśnięciu pomógł fakt, że o dziewiątej wieczorem znienacka zgasło światło.
 

O poranku czekała nas za to bardzo miła niespodzianka, bo Hassan ulitował się nad umęczoną Różą i posadził ją wreszcie na mule. Mogła się więc wzmocnić przed ostatnim etapem wycieczki, a także patrzeć na wszystkich z góry – dumna, że dostąpiła takiego zaszczytu. Po półtorej godziny, na przełęczy skończył się ten najłatwiejszy dla niej etap trekkingu. Wtedy zaczęło się strome zejście, które musiała, tak jak i Franek, pokonać na własnych nogach. Ale wędrówka się nie dłużyła; mijaliśmy stada owiec i Berberów jadących na osiołkach, z którymi ucinał sobie pogawędki nasz przewodnik. Na szczęście dotarliśmy do Imlil, zanim zaczęło niemiłosiernie grzać słońce. Tam też pożegnaliśmy się czule z towarzyszami wędrówki.
 

 
Cała wycieczka zajęła nam dwadzieścia kilka godzin (z czego koło ośmiu godzin wspinaczki), podczas których łącznie przebyliśmy ponad szesnaście kilometrów. I choć przebywaliśmy na wysokościach „tatrzańskich”, dzieci specjalnie nie narzekały, a naszego włochatego Tasardina zapamiętają pewnie do końca życia.
 

Tekst i fot. Piotr Ciborowski - TRAVELITO - Wypożyczalnia sprzętu turystycznego dla dzieci

travelito logo

TRAVELITO - wypożyczalnia sprzętu turystycznego dla dzieci
ul. Lanciego 12 (Ursynów)
02-798 Warszawa

www.travelito.pl
biuro@travelito.pl

 

 
Opublikowano w: Gdzie na wypad

Czytaj także

Zima i wieś - idealny pomysł na wypoczynek

Mieszkasz w dużym mieście? Twoja codzienność to bieg na trasie: szkoła - praca - dom - czasem jakaś rozrywkowa „odmiana”? Dzień za dniem ucieka, właściwie lubisz taki rytm życia, po jakimś czasie orientujesz się jednak, że z pewnością czegoś nie zauważyłeś. Zielone liście stają się żółte, opadają, zastępują je płatki śniegu. Wszystko stało się jasne - mija właśnie kolejny rok.

Wilanów, Nieporęt, wschodnie rubieże Warszawy – wycieczka rowerowa dla twardzieli

90-kilometrowa pętla z Wilanowa przez Stare Miasto, Żerań, Nieporęt, Marki, Zielonkę, Rembertów i z powrotem do Wilanowa to wyprawa naprawdę wymagająca. A to z powodu znikających szlaków, szos z szalonymi kierowcami, zmagań ze schodami i fatalną nawierzchnią. Ale warto!

Rekreacja w „Szwajcarii Połczyńskiej”

Rezerwat „Dolina Pięciu Jezior” to malowniczy obszar, w którym dominują lasy bukowe. Usytuowany jest w pobliżu kurortu z długą tradycją uzdrowiskową, czyli Połczyna Zdroju w woj. zachodniopomorskim. Jeśli poszukujesz ciszy, spokoju, oderwania od masowej turystyki i zatłoczonych miejscowości sezonowych, tu znajdziesz przestrzeń do swobodnego, nieśpiesznego wypoczynku.

Zamki, wartownie i twierdze - poznawaj z dzieckiem aktywnie

Wakacje to czas sprzyjający rodzinnym wędrówkom. Dzieci, które od małego razem z rodzicami aktywnie poznają różne rejony naszego kraju, tradycje i zabytki, szybko stają się zapalonymi podróżnikami i znawcami bogactwa rodzimej kultury. Wykorzystujcie dzieciństwo Waszych dzieci do podróży po Polsce i jej pięknych zabytkach – to nasze hasło na tegoroczne wakacje! Tym razem szczególnie chcemy Was zachęcić do zwiedzania zamków i twierdz – doskonały sposób na turystykę zarówno w upalne, jak i deszczowe dni.

Zamek i palmy, czyli okolice Góry Kalwarii na rowerze

Jesień to świetny czas na rowerowe wycieczki - nie jest już tak gorąco, jak w lecie, a długość dnia wciąż pozwala, by spędzić kilka godzin poza domem. W pierwszą październikową sobotę wybraliśmy się z Wilanowa na południe - do Góry Kalwarii, Czerska i Pęcławia. Trasa o łącznej długości 77 km - w znacznej mierze nam znana, znów świetnie się sprawdziła. Tym razem podziwialiśmy uginające się pod owocami gałęzie jabłoni, a także traktory zwożące jabłka do skupu.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Więcej informacji o plikach cookies w dziale Regulamin.